Podwórkowa wojna trojańska
Gdyby przepytać ogół czytelników „Iliady” Homera o przyczyny wojny trojańskiej wskażą oni niewątpliwie Helenę, żonę Menelaosa. Jest to interpretacja romantyczna odwołująca się do emocji, do uczuć wyższych. Mniej liczni, próbujący odnaleźć ziarno historycznej prawdy, która legła u podstaw tego arcydzieła prapoczątków europejskiej literatury mogą wskazać na dążenia plemion achajskich do wyeliminowania konkurencyjnego ośrodka w Troji, będącego bramą Azji Mniejszej. Wśród powodów można też wskazać zwykłą rządzę rabunku jaka kierowała Achajami. W tych dwóch ostatnich interpretacjach sprawa porwania Heleny jawi się jedynie jako pretekst.
Wygląda na to, że jest podobnie ze sprawą poruszoną na łamach „Dziennika Polskiego” dotyczącego konfliktu wokół kontroli osób oprowadzających turystów po Krakowie. Ton i krytyka tekstów był dość jednostronny, kreujący czarno-biały świat – z jednej strony niemalże mafijna struktura stowarzyszenia przewodników, z drugiej szlachetni obrońcy wolności słowa i swobodnej działalności gospodarczej. Czy jednak taki podział w istocie nie zaciera sprawy i prowadzi do rozpowszechniania często błędnych informacji?
W pierwszej kolejności chciałbym się przyjrzeć argumentom przedstawianym przez dr Arkadego Rzegockiego, który krytykując politykę promocyjną miasta dość zręcznie połączył ją z atakiem na środowisko przewodnickie. Punktem wyjścia był incydent związany z p. Marią Kantor. Jak przebiegło to zdarzenie mamy jedynie wykluczające się relacje dwóch stron (nie licząc sprzecznych relacji wspomnianej Pani), więc nie będąc osobiście uczestnikiem wydarzenia wiem o nim tyle ile wie widz o incydencie pokazanym w arcydziele Akira Kurosawy „Rashomon”, opisującym to samo zdarzenie widziane oczyma różnych bohaterów. Można jednak powiedzieć, że owa Pani wystąpiła tu w roli Heleny, która stała się powodem do ataku na „Troję”, w artykule z dnia 26 sierpnia nazwaną rozrastającą się przewodnicką kastą. Pan dr Rzegocki rysuje obraz erudytów i intelektualistów oprowadzających swoje rodziny i znajomych prześladowanych przez „połączone siły Straży Miejskiej oraz przedstawicieli licencjonownych przewodników”. Można odnieść wrażenie, że po ulicach Starego Miasta i Kazimierza poruszają się niemal wyłącznie liczne rzesze profesorów oprowadzających równie liczne rodziny z zagranicy i rozprawiających o wkładzie Tadeusza Kantora w rozwój światowego teatru, a także o spotkaniach Mirosława Dzielskiego z Januszem Szpotańskim.
Jako człowiek bardzo związany z moim rodzinnym Krakowem byłbym bardzo szczęśliwy gdyby tak było. Tymczasem moje obserwacje skłaniają mnie do wniosku, że większość tego typu oprowadzeń jest przeprowadzanych przez młodszych pracowników naukowych, niekoniecznie będących przedstawicielami wydziałów, których charakter predestynowałby do merytorycznego informowania o sztuce, historii czy kulturze Krakowa. Czy osoby, które oprowadzają to zawsze rodzina lub przyjaciele to osobny temat. Nie poruszałbym tego wątku gdyby nie bardzo krytyczna ocena znajomości języków i wiedzy merytorycznej przewodników licencjonowanych przedstawiona przez p. dr Rzegockiego. Aby otrzymać uprawnienia do oprowadzania w językach obcych trzeba mieć ukończoną filologię bądź egzaminy międzynarodowe organizowane przez University of Cambridge, Universita di Perugia, Instituto de Cervantes, które na pewno są bardziej obiektywne od wewnątrz uczelnianych egzaminów językowych i często stoją na wyższym od nich poziomie. Oczywiście w licznym gronie przewodnickim, podobnie jak w środowisku uczelnianym są osoby władające językami obcymi doskonale jak i też osoby mówiące słabo. Nie posiadałbym więc na tyle odwagi co autor artykułu by słysząc osobę mówiącą np. „zis is barbikejn from fiftyn sentury”, stwierdzić, że jest to przewodnik, a nie pracownik naukowy oprowadzający swoich znajomych.
Autor artykułu, pisząc o poważnym, choć już mniej niż kilka lat temu problemie z pijanymi uczestnikami „stag parties” stwierdza, że straż miejska nie ma czasu interweniować, ponieważ jest zajęta sprawdzaniem licencji kolejnego profesora (swoją drogą ciekawe ilu profesorom to się naprawdę przytrafiło) lub rodzica. Trudno się z tym zgodzić, bo problemy z pijanymi „turystami” pojawiają się w nocy i nad ranem, kiedy przewodnicy raczej odpoczywają po wielogodzinnej pracy, gdzie cierpliwie tłumaczą turystom po raz czwarty, czy piąty, że są w Polsce, że to miasto nazywa się Kraków, a kościół, który właśnie zwiedzili i w którym widzieli tron biskupi oraz kryptę św. Leonarda, gdzie młody ksiądz Karol Wojtyła odprawił swą pierwszą mszę to Katedra, wiedząc, że za godzinę grupa zwiedzając Bazylikę Mariacką zapyta, czy to jest właśnie Katedra. Od czasów gdy pojawiła się turystyka masowa prawdziwi koneserzy sztuki i miłośnicy kultury będą stanowić najwartościowszą ale też zawsze mniejszościową grupę, która gdyby przybyła jednego dnia do Krakowa zmieściłaby się w jednym, dwóch hotelach.
Stwierdzenie, że p. profesorowie Rożek czy Krasnowolski, mieliby być zatrzymywani i sprawdzani przez straż miejską i przewodników licencjonowanych jest nawet zabawne biorąc pod uwagę, że to oni prowadzą zajęcia na kursach przewodnickich i jeśli kontrolerzy mieliby ich o coś zapytać to jedynie kiedy można spodziewać się ich nowych publikacji.
O ile wspomniany artykuł dotyka kwestii przewodnickich wplecionych w polemikę wobec polityki promocji turystycznej i kulturalnej miasta to artykuł p. Łukasza Gazura z dnia 20 sierpnia br. jest już bezpośrednio poświęcony sprawom przewodnickim. Czytając ten tekst staje się jasne o co tak naprawdę naszym lokalnym, krakowskim „Achajom” chodzi - o interesy części organizatorów turystycznych, którym obecne prawo uwiera. Pan Maciej Zimowski twierdzi, że „licencje istnieją w krajach Trzeciego Świata i w państwach totalitarnych. Iran, Birma czy Białoruś” - nie roszczę sobie praw do nieograniczonej wiedzy, ale Włochy trudno zaliczyć do krajów Trzeciego Świata lub państw totalitarnych. Proponuję zapoznać się ze stosownymi przepisami opublikowanymi na stronie władz regionu Toskania (www.regione.toscana.it), albo kupić sobie wycieczkę do Toskanii i koniecznie jadąc do Sieny zatrzymać się przy wjeździe do miasta (obojętnie z której strony) i zapoznać się z dużą tablicą informacyjną o zakazie oprowadzania po tym pięknym mieście przez osoby nie posiadające stosownych uprawnień. Podchodzący sceptycznie do tego ostrzeżenia pilot greckiej grupy zapłacił mandat w wysokości 1000 euro. Jeśli to nie przekonuje proponowałbym udać się do Rzymu, albo by nie ograniczać się do Włoch, skierować swoje kroki do Paryża i głośno opowiedzieć coś o Notre Dame przed drzwiami katedry – gwarantuję, że rychło pojawi się policja (w niektórych krajach Unii jest to policja turystyczna) - chętnie pokryję koszty tłumacza objaśniającego na mocy jakich przepisów zostało popełnione wykroczenie i jak jest wysokość mandatu do zapłacenia.
Stwierdzenie, że wymóg licencji na oprowadzanie jest odwołaniem się do totalitaryzmu jest absurdalny, bo podążając tym tokiem rozumowania można zanegować wiele uprawnień – po co są prawa jazdy, uprawnienia nauczycielskie, lekarskie. Pomimo bicia piany i stawiania się w roli obrońców liberalnych idei, którzy naprawdę wiedzą jak jest urządzony nowoczesny świat wspomnianym organizatorom chodzi o coś zupełnie innego – np. braki kadrowe, gdy specyfika proponowanej oferty albo treść bardzo zawężają ilość przewodników gotowych realizować przygotowane programy. Zapewne osób skłonnych do oprowadzania w ramach turystyki gejowskiej nie ma zbyt wielu.
Przykładem może też być tu sytuacja w Nowej Hucie, gdzie oprócz niekonwencjonalnych propozycji oprowadzania zawierających obiektywny obraz życia tamtej dzielnicy w czasach PRL-u występują oferty robiące sobie zabawę z czasów totalitaryzmu oraz ludzi, którzy w tych czasach żyli, a obecnie traktowani są jako żywy skansen. W imię zysku i zadowolenia niewybrednego zachodniego klienta można sobie pozwolić na kpiny z ludzi i upodlenia w jakim żyli.
W grę mogą wchodzić też inne przyczyny – niepohamowane pragnienie powiększenia zysków, a to można uzyskać ściągając od klienta niezmiennie tę samą stawkę, ale płacąc do ręki studentowi 50-70 złotych zamiast ok 200-250 przewodnikowi z uprawnieniami za półdniowe oprowadzanie. Korzyść dla tak postrzegającego temat organizatora jest oczywista. I tak naprawdę przedstawiają się prawdziwe motywy naszych lokalnych, krakowskich „Achajów”. Można więc powiedzieć, że jacy herosi taki epos – czyli wojna trojańska na skalę podwórkową.
Tomasz Walczyk
dr archeologii UJ
członek Stowarzyszenia Przewodników Turystycznych w Krakowie
członek A.I.D.M.E.N.
Kraków, wrzesień 2009 r.
